Kiedy dzieci zaczęły nam przeszkadzać….

Ostatnio na różnych platformach coraz częściej trafiam na komentarze i oskarżenia kierowane w stronę rodziców i dzieci. O tym, jak to dzieci są dziś źle wychowane. Jak to rodzice „nie potrafią wychować swoich bachorów”. Pojawiają się nawet określenia takie jak „bachory”, „bękarty” czy inne słowa, których aż trudno używać w stosunku do dzieci.

I coraz częściej czytam też, że komuś przeszkadza, że rodziny latają z dziećmi samolotami, jeżdżą autobusami, chodzą do restauracji czy — broń Boże — pozwalają sobie zjeść z dziećmi obiad albo lody na mieście.

A jeszcze częściej pojawia się jedno zdanie:

„Nienawidzę dzieci.”

I właśnie to zaczęło mnie ostatnio zastanawiać.

Dlaczego właściwie możemy dzisiaj z pewną nutką dumy wypowiadać tak mocne słowa?

Ja wiem, że dzieci bywają nieznośne. Bywają głośne, płaczą, krzyczą, biegają, czasami przeszkadzają. Rodzice też nie zawsze reagują idealnie.

Ale czy to naprawdę zmienia fakt, że dzieci są częścią naszego społeczeństwa?

Mają prawo jeździć komunikacją. Mają prawo lecieć samolotem. Mają prawo pójść z rodzicami do restauracji. Mają prawo zjeść lody na mieście.

Tak samo jak każdy z nas.

Przecież każdy z nas kiedyś był dzieckiem.

I czasami zastanawiam się, czy nasi rodzice też musieli kiedyś wysłuchiwać takich komentarzy na nasz temat.

Z opowiadań mojej mamy wiem, że jako niemowlę byłam naprawdę wymagająca. Miałam non stop kolki, spałam właściwie tylko na rękach albo w samochodzie. A mimo to moi rodzice wychodzili ze mną z domu, zabierali mnie na rodzinne uroczystości i normalnie uczestniczyli ze mną w życiu.

Kiedyś zapytałam ich, czy spotykali się wtedy z negatywnymi komentarzami.

Powiedzieli, że właściwie nie.

Częściej ktoś po prostu powiedział coś życzliwego, dał radę albo — jeśli widział, że rodzice mają naprawdę ciężki moment — wziął dziecko na ręce i pomógł.

I chyba właśnie tego najbardziej mi dzisiaj brakuje.

Nie tego, żebyśmy udawali, że dzieci nigdy nie przeszkadzają.

Nie tego, żebyśmy tolerowali każde zachowanie tylko dlatego, że ktoś jest dzieckiem.

Ale odrobiny zwykłej ludzkiej wyrozumiałości.

Bo mam czasami wrażenie, że dostaliśmy społeczne pozwolenie na to, żeby wręcz szczycić się niechęcią do dzieci. I że coraz więcej osób nie widzi już nic dziwnego w mówieniu o nich z pogardą.

A może czasami warto po prostu zatrzymać się na chwilę i pomyśleć:

Czy naprawdę musimy być aż tak zgorzkniali?

Przecież za każdym płaczącym dzieckiem w samolocie jest rodzic, który prawdopodobnie sam najchętniej chciałby, żeby jego dziecko przestało płakać.

Za głośnym maluchem w restauracji jest rodzina, która też chciałaby spokojnie zjeść.

A za dzieckiem, które właśnie urządza awanturę w autobusie, jest po prostu… dziecko.

I wiecie co?

Mnie osobiście dużo bardziej przeszkadza osoba, która upija się w samolocie, awanturuje się albo zostawia po sobie śmieci na ulicy, niż zapłakane dziecko.

Bo dziecko dopiero uczy się, jak funkcjonować w tym świecie.

My już powinniśmy to umieć.

Kommentare

Hinterlasse einen Kommentar