Do każdego z nas przychodzi ten jakże wspaniały czas, jakim jest urlop. Czasami wyjeżdżamy gdzieś dalej, żeby naprawdę odpocząć, a czasami pakujemy walizki i ruszamy w drogę do ojczyzny.
My staramy się przynajmniej raz w roku odwiedzić kraj, z którego pochodzimy — ciotki, babcię czy innych członków rodziny. Te wizyty, mimo że oczywiście przyjemne, nie zawsze są jednak takim urlopem, na którym można po prostu odpocząć.
Z jednej strony jest to trochę sposób na pozbycie się poczucia winy, że po raz kolejny nie udało się przyjechać na urodziny, komunię czy inną uroczystość rodzinną. Z drugiej — zaczyna się gonitwa. Trzeba odwiedzić wszystkich, spotkać starych znajomych, pozałatwiać sprawy urzędowe, zrobić zakupy, czasem jeszcze naprawić coś, co od miesięcy czekało właśnie na nasz przyjazd.
A potem człowiek wraca z urlopu i potrzebuje… urlopu.
Dla mnie kulminacyjnym punktem każdego pobytu w Polsce jest jednak wizyta w Empiku albo innej księgarni. Muszę zaopatrzyć się w polskie książki na kolejne miesiące. Zakupy online to zdecydowanie nie to samo. Lubię wejść między regały, dotknąć książki, przeczytać kilka pierwszych zdań i bez konkretnego planu przejść się między półkami.
I właśnie podczas tegorocznego wypadu do tego mojego małego przybytku wpadła mi w oko czwarta część Harry’ego Pottera — jedna z moich ulubionych, chyba przede wszystkim dlatego, że właśnie tutaj tak wyraźnie widać przemianę bohaterów.
I przez tę książkę, która jest dla mnie powrotem do dzieciństwa, naszło mnie na sentymentalne wspomnienia.
Pamiętam, jak w bodajże pierwszej klasie gimnazjum — tak, należę do pokolenia „gimbaz” — nauczycielka języka polskiego pozwoliła nam w nagrodę na koniec roku wybrać jedną lekturę. Po głosowaniu padło właśnie na Harry’ego, tyle że na pierwszą część.
I tak właśnie o małym czarodzieju pisaliśmy całe wypracowania. O jego trudnym dzieciństwie, samotności, przeciwnościach losu i o tym, jak mimo wszystko pozostał bohaterem.
A ja, stojąc wtedy w Empiku nad książkami z rozmarzonym wzrokiem, przypomniałam sobie jeszcze coś.
Że tak naprawdę bardzo lubiłam pisać w naszym pięknym języku.
Może właśnie to było dla mnie kolejnym impulsem, żeby zacząć pisać po polsku. Żeby nie zapomnieć, ile pięknych, czasem zabawnych, a czasem zupełnie niepotrzebnie skomplikowanych słów mamy w naszym języku.
Bo żyjąc na co dzień poza granicami Polski i przez większą część dnia obcując z innym językiem, czasami potrzebujemy czegoś, co przypomina nam o naszych korzeniach.
Może więc „Nie całkiem stąd” zaczęło się właśnie w księgarni, między regałem z książkami a wspomnieniem lektury.
Albo po prostu przez zbliżającą się powoli czterdziestkę zaczynam być sentymentalna.
Kto wie…


Hinterlasse einen Kommentar